Tapety na wrzesień

Mam plan. Zapytacie: "jaki?". Sprytny. Mam sprytny plan, żeby przygotować dla Was coś szałowego, nietuzinkowego, wesołego, takiego z przymrużeniem oka. Biorę pod uwagę, że duch wprawdzie ochoczy, ale ciało słabe, ale spróbuję, bo po prostu pierwszy zestaw wyszedł mi naprawdę dobrze (w mojej ocenie), a przede wszystkim sprawił mi sporo frajdy.

Zanim jednak przejdę do clue owego wpisu, podzielę się z Wami przemyśleniami polonistki z prowincji Instagrama na temat pierwszego tygodnia września.


Od roku wkraczam we wrzesień jako matka uczniaka i jako korepetytorka. Z jednej strony wracam do szkolnej ławki, czuję się upupiona siedząc na maleńkim krzesełku dla dzieci do metra czterdziestu, słucham tego, co sprzedaje nam placówka oświatowa pod hasłami: "zmiany w statucie", "zmiany w prawie oświatowym" itp. (i wiem, że nie wszystko wygląda tak, jak to sugeruje przedstawić dyrektor), potem niczym miotana życiowymi podmuchami wiatru flaga samodzielnego państwa ruszam z logistyką dnia codziennego, która ma uwzględnić judo dwa razy w tygodniu, basen, a jeszcze - o czym pierworodny powiadomił mnie ostatnio - szachy i dodatkowy angielski. Brawo ja. My. I wszyscy rodzice szkolniaków. Z drugiej, czuję się jak niezbyt rozgarnięta sekretarka mgr Katarzyny Smuszkiewicz, rozchwytywanej polonistki, u której warto zaklepać termin na przyszły rok, bo a nuż nie będzie już miejsca. Broń Boże przed taką szefową. Choćbym nie chciała, przez dwa do trzech dni mam telefon przyklejony do ręki, fantomowe czucie wibracji, przesunięcia grafikowe, propozycje godzin, negocjacje... A i tak się zawsze coś wysypie, bo zadzwoni rejestratorka z poradni psychologiczno-pedagogicznej i umówi termin nazajutrz, kolejny na za tydzień, co rozbija potencjalnie ułożony już plan.

Kto zna ochronę zdrowia i oświatę ten wie, że darowanemu terminowi nie zagląda się w kalendarz, nie odmawia się, tylko z wdzięcznością przyjmuje się ten dar, ten diament wolnego okienka i z trwożną delikatnością i ostrożnością pilnuje się go, by czasem nie rozjechały go inne plany. Sprawa jest o tyle poważna, że diagnozujemy ADHD u pierworodnego, a jako nauczycielka wiem, że im wcześniej otrzymamy zalecenia, opinię i diagnozę, tym lepiej dla samego zainteresowanego, dla mnie i dla nauczycieli. Serio, znam historie moich serdecznych koleżanek, które w wieku 30+ poszły się zbadać i - choć nikomu orzeczenie o ADHD czy autyzmie nie jest już potrzebne - one same poczuły się kompletne, spójne, zrozumiały to, co działo się z nimi przez wiele, wiele lat. Ot, polecam w tym temacie książkę Anety "Baby od polskiego" Korycińskiej Radio w mojej głowie, w której autorka dzieli się swoją historią (ale nie tylko swoją) i pokazuje trud neuroatypowości. Tym bardziej, zachęcam niezdecydowanych, by przyjrzeli się swoim pociechom i ruszyli na spotkanie do poradni. To kosztuje tylko czas, a korzyści mogą być naprawdę duże, choć niekonieczne będą widoczne i spektakularne.

Swoją drogą, serdecznie nie znoszę, gdy ktoś mówi, że teraz jest moda na autyzm i ADHD, i inne jeszcze neuroatypowości. No bo teraz to przecież tyle tych diagnoz i każdy ma. Tak jak każdy ma depresję. Też taka moda. Nawet nie sezonowa, bo depresja to z mody nie wychodzi, jest jak klasyczna czerń na pogrzebie. A za modą to trzeba nadążać, więc każdy permanentnie smutny człowiek, obdarzony dystymią i anhedonią idzie do psychiatry niczym do butiku i wybiera sobie diagnozę, by nie odbiegać od tego, co popularne. Jestem ciekawa, czy w czasie, gdy w Europie szalała dżuma, też przychodził ktoś i mówił: "ejże, Maćku, wszędy ino dżuma i dżuma. A obaczył ktoś w tej wsi chorego? Wspomnicie moje słowa! Galijska moda, a nie żaden pomór". 

Niemniej, moda na self-care, wracanie do siebie, badania, oddawanie się pod opiekę specjalistów zamiast "lampki wina dla zdrowotności" bardzo mi odpowiada i oby więcej świadomości, wynikających z niej diagnoz i wspierania osób neuroatypowych, z zaburzeniami, z niepełnosprawnościami. Piona!

Ale wracając...

Prócz oczywistych planów na posty edukacyjne, opracowania lektur, tematów matury ustnej, relacji z warsztatów itp., wymyśliłam iście diabelską akcję marketingową. Otóż chcę dostarczać Wam tapety na każdy miesiąc roku szkolnego. Dziś możecie pobrać wrzesień w trzech wersjach: starożytność, antyk i średniowiecze.

Chcę taką tapetę!

Zgadniecie, do jakich lektur nawiązują?

Do następnego!

Kat.

Komentarze

Popularne posty